Na początku mojej, nazwijmy to górnolotnie, kariery dziennikarskiej, kiedy byłam w telewizji „świeżynką” i tzw. nową osobowością, trafiłam w ręce producentów, którzy, licząc na wynik, napuszczali mnie na moich gości, sącząc do ucha komunikat: „Ostrzej, przyciśnij go, nie odpuszczaj!”. Skutek był taki, że programy szły świetnie, tylko ja, przed wejściem do studia czułam się coraz gorzej. Gdy zapalały się światła, wpadałam w panikę: „Jezu, co ja mam jeszcze zrobić, żeby było to mięcho?”. Szłam w to, głupol kompletny i słupki też szły-do góry. Aż znienawidziłam tę robotę.
Pewnego dnia z matni wyciągnęła mnie …piosenka mojego ojca, którą przypadkiem puściłam córce, szukając na starej płycie czegoś zupełnie innego. Jej tytuł brzmi: „Nie wycofuj się inteligencjo!”. Tekst jest inwokacją do wyżej wspomnianej, w której padają następujące słowa: „Rządzi większość, sens tych rządów znam. A bez Ciebie i dwóch zdań nie skleję, więc gdy z nimi się w dyskusję wdam, oni nie zmądrzeją. Ja zgłupieję!”.
Oni, to nie widownia, ale ci, którzy sądzą, że ją reprezentują. A ja muszę pilnować swojej inteligencji, żeby mnie nie opuściła. Nie dać się napuszczać, mieć swoje zdanie, nie zgadzać się na „mięcho” za wszelką cenę. A jeśli zdarza się obciach, to znaczy, że z jakichś powodów na to przystałam, a nie, że mój widz jest kretynem. Dzięki tato!
